HOME
PORTFOLIA / TECZKI
BIAŁO-CZERWONA / WHITE-RED
PROTEST TWÓRCÓW
BANK KALENDARZY
BANK WYSTAW
TWÓRCY I PRAWO
O NAS
KONTAKT
aktualizacja: 14.10.2017

PROTEST TWÓRCÓW
 HISTORIA
 PAMIĘTACIE?

  Kronika 2003
Relacje z PROTESTU z 2003 roku
 
PROTEST 201?   FORUM menu  

CZY POLAKOM GROZI GNYPALSTWO?

"Gnypalstwo" - termin ukuty przez Witkacego: grzebanie gołymi rękami w czymś, co wymaga precyzyjnych narzędzi. Stanisław Ignacy Witkiewicz - Witkacy - był jedną z najbardziej wszechstronnych polskich instytucji kulturalnych. Pewnie by się skrzywił na te słowa, bo nie znosił instytucjonalizmu, a szczególnie polskiego. Trzeba więc od razu wyjaśnić, że przez działania "instytucjonalne" chcielibyśmy rozumieć - zgodnie z uwagami Karla Rajmunda Poppera na ten temat - zorganizowaną działalność człowieka albo grupy ludzi, służącą interesom i celom innych osób. Instytucją może być nawet mały sklep, obsługiwany przez pojedynczego sprzedawcę, który potrafi odpowiedzieć na potrzeby sąsiadów. Ważną cechą tak rozumianej instytucji jest np. niezawodność.

Witkacy był instytucją jednoosobową, dorównującą pod względem sprawności świadczonych usług wieloosobowemu zespołowi Petera Paula Rubensa. Była to instytucja twórcza, produkująca dramaty, powieści, rozprawy filozoficzne, polemiki, obrazy i fotografie, a zarazem firma niesłychanie krytyczna, dbająca o kontrolę produktu i dostosowanie go - co zwłaszcza dotyczyło polemik - do wymogów sytuacji. Nadzwyczaj pozytywne i nieco utopijne oczekiwania Poppera co do "instytucji", nazywane przez autora "Społeczeństwa otwartego" "podejściem reformatorskim", znakomicie się sprawdzają jako tło porównawcze dla wszelkiego rodzaju instytucji źle zaplanowanych, pozornych, fasadowych lub zastępczych, których struktura bywa nieprzejrzysta, zarówno od wewnątrz, jak z zewnątrz.

Witkacy był uczulony - może prawem kontrastu - na działania instytucjonalne niejasne dla samego sprawcy lub przez niego fałszowane. Zwalczał je bezlitośnie, stosując swoistą konkretyzację, własne nazewnictwo, tworzone na potrzeby chwili. Wiele ukutych przez niego ironicznych quasi-terminów do dziś zaskakuje trafnością. Mniej interesowały go prawidłowości - pierwsze oznaki uznania na świecie dla uczniów i następców lwowskiego "Profesora" (Kazimierza Twardowskiego), początki polskiej szkoły logicznej - więcej bolączki, nad którymi nie umiał przejść obojętnie, bo go pogrążały w nędzy duchowej. Instytucje są, a przynajmniej powinny być, obok języka, głównym instrumentem do realizacji celów społecznych. Instytucje wadliwe, funkcjonujące w sposób nieprzewidywalny dla ich członków lub użytkowników, stwarzają zagrożenie, że cele dla osiągnięcia których je stworzono, nie zostaną osiągnięte.

Trudno byłoby ułożyć jeden, zadowalający wszystkich kanon, który by te cele zawierał. Chyba jednak większość czytelników niniejszego tekstu przyzna, że oprócz przetrwania biologicznego w grę wchodzi tu również, niełatwe wprawdzie do zdefiniowania, ale wyczuwalne minimum jakościowe. Należy tutaj wymienić utrzymanie poziomu oświaty chociażby równego osiągniętemu przez poprzednie pokolenia, możliwość korzystania z obiektywnej, zróżnicowanej informacji, oraz szansę nie tylko na wyrażanie poglądów, ale też postępowanie - w granicach prawa - zgodne z przekonaniem o słuszności. Pierwsze zależy od sprawnego funkcjonowania instytucji oświatowych, drugie - od zachowania niezależności prasy i telewizji wobec różnorakich grup nacisku, (co udaje się np. BBC), trzecie jest uwarunkowane nie tyle "wolnością wypowiedzi", ile postawami utrwalonymi w obyczaju, takimi jak tolerowanie odmienności. Poziom oświaty, zakres i dostępność rzetelnej informacji oraz obyczaje przesądzają o tym, czy przekazanie tradycji kulturalnej następnemu pokoleniu umożliwi mu trochę lepszy start.

Dyskusja o tym, które potrzeby ludzkie - i odpowiadające im organizacje (instytucje) - są bardziej, a które mniej "naturalne" czy "podstawowe", wielokrotnie okazywała się jałowa. Społeczne reperkusje wzrostu wiedzy i rozwoju nauk stosowanych stały się już w XIX w. dostępne bezpośredniej obserwacji. Toteż wydaje się rozsądne traktowanie instytucji kulturalnych - m.in. w sferze budżetowej - co najmniej równorzędnie z instytucjami odpowiadającymi za bezpieczeństwo, transport, energetykę czy gospodarkę żywnościową. Istnieje ponadto granica niewydolności instytucji kulturalnych, poniżej której następuje reakcja lawinowa, zagrażająca wypełnianiu zadań przez pozo- stałe instytucje. Regres taki przybiera spektakularne formy, gdy system zarządzania, wymagający dopływu wyspecjalizowanych kadr, zostanie ich pozbawiony.

Niewydolność polskiego szkolnictwa średniego przejawia się, z jednej strony, w mętnych, zmienianych chaotycznie i bez przemyślenia programach nauczania, z drugiej - w systematycznie pogarszającej się jakości podręczników, rzadko kiedy spełniających wymogi uniwersalnej polszczyzny i kultury logicznej.

Autorzy podręczników posługują się najchętniej językiem branżowym, tworzonym na użytek własnej grupy zawodowej i kultywowanym bezkrytycznie poza nią, poświadczając tym samym, że z zagadnieniem powszechności języka nie zetknęli się pisząc swoje prace magisterskie, doktorskie czy habilitacyjne. Popadły w zapomnienie dwa największe "Słowniki języka polskiego": tzw. naukowy Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, oraz normatywny Witolda Doroszewskiego. Młodsi wydawcy nie wiedzą, że takie słowniki istnieją i że można nabyć je w antykwariacie. Kultura logiczna w publikacjach edukacyjnych, na stan której uskarżał się już Kazimierz Ajdukiewicz, stała się tak wątła, że należałoby mówić o kryteriach elementarnych: poprawności definicji, uczłonowaniu wywodu, umiejętności dokonywania streszczeń i selekcji informacji oraz odróżniania i opisu głównych rozumowań, takich jak wyjaśnianie, dowodzenie itp. Podręczniki są często dziełem nauczycieli różnych szczebli, osób wynagradzanych za pracę dydaktyczną i edukacyjną nader skromnie, zarabiających ok. 1500 zł miesięcznie (375 dolarów). Osoby mające rodzinę na utrzymaniu nie mogą sobie pozwolić na luksus bycia nauczycielem. Luksus ten kojarzony bywa zresztą z możliwością podejmowania dodatkowych, dorywczych zajęć zarobkowych dzięki nieco mniejszej niż w innych zawodach liczbie godzin pracy, a także wakacjom i feriom.

Zmęczony chałturami pracownik polskiej instytucji oświatowej nie jest zdolny do uczestnictwa w kulturze i doskonalenia swojej wiedzy. Ze względu na postępujący rozkład tradycji rodzinnej, nauczyciel nie może się spodziewać, że jego działania wychowawcze i edukacyjne zostaną potwierdzone lub skorygowane przez rodziców w imię jakichś trwałych i sprawdzonych zasad. Szkoła, dla której tradycja rodzinna była instytucjonalną ramą, tak samo ważną jak ramy administracyjne, należy do przeszłości. Skazani na własne pomyłki nauczyciele mogą tylko starać się wykonywać swoje obowiązki. Spór wokół pytania "religia czy etyka?" w gruncie rzeczy nie angażował ani postaw specyficznie religijnych, ani moralnych. Odnosił się jedynie do przedmiotu szkolnego, którego nauczania domagała się wyznaniowa większość, wbrew protestom uzasadnianym pobudkami antyklerykalnymi. Wkrótce się okazało, że do nauczania religii, która by nie była uproszczoną katechezą, jak i do nauczana! etyki potrzebne są kadry, czyli kompetentni nauczyciele, a tych zabrakło. Z tego samego powodu polskie szkolnictwo zostało pozbawione kontaktu z kulturą specjalistyczną czy profesjonalną - w dziedzinie sztuk wizualnych i muzyki. Tu polskie pomieszanie widać ostro i w detalu: matematyk, który uczy plastyki, biolog dyrygujący orkiestrą szkolną, są to może przykłady groteskowe, ale przecież odnoszące się do rzeczywistości społecznej, w której zatarły się role i przed którą ratowali się kpiną zarówno Witkacy, jak Gombrowicz, bo się tej rzeczywistości obawiali.

Wspomniana na wstępie nieprzejrzystość działań instytucjonalnych polega na tym, że nakładają się na siebie różne, nieraz krańcowo rozbieżne cele i metody. Książka szkolna stała się towarem, najlepiej sprzedającym się produktem wydawniczym, przy stale zmniejszającym się skądinąd czytelnictwie i malejących nakładach. W Polsce każdy może wydać podręcznik, spełniając ogólnikowe wymogi programowe. Wydawcy prześcigają się, żeby zdobyć aprobatę zdezorientowanego nauczyciela. Wybierze on wówczas tę, a nie inną książkę i poleci uczniom, a ci będą musieli ją kupić. Nastawienie komercyjne i chęć zysku za wszelką cenę nie pomaga w osiągnięciu celu, jakim jest wydanie dobrej książki. Redukcję rozmiarów załogi, gospodarność i oszczędność najczęściej rozumie się w Polsce w ten sposób, że zwalnia się najlepszych pracowników, ponieważ trzeba ich nieco lepiej wynagradzać; gorsi (mniej opłacani) i tak wyprodukują towar, który można sprzedać. Dotyczy to również książki szkolnej. Opracowanie graficzne podręczników wydawcy powierzają np. informatykom, podczas gdy graficy-specjaliści poszukują pracy.

Obniżenie poziomu szkoły średniej pociąga za sobą pogorszenie jakości nauczania akademickiego. Szkoła wyższa bowiem nie funkcjonuje w próżni, aczkolwiek nadrabianie zaległości szkolnictwa niższego szczebla nie powinno należeć do jej zadań. Przykładem rozminięcia się z celami szkoły wyższej jest działalność polskich uczelni niepublicznych. Dorobek naukowy osób zatrudnianych w tych instytucjach oceniany bywa nie według wartości, lecz ilości publikacji; głos środowiska naukowego utożsamia się z opiniami wąskiego kręgu recenzentów z macierzystego wydziału. Warunkiem przyznania takiej szkole licencji przez władze oświatowe okazuje się biznes plan, a nie program. Szkoła taka - nazywana mianem "wyższej" - w istocie nie jest w stanie wykroczyć poza zadania szkoły średniej. Niedostateczna umiejętność posługiwania się powszechnie zrozumiałym językiem polskim oraz kryteriami logiki w publikacjach naukowych niestety charakteryzuje także kadrę uczelni publicznych. Na poprawność frazeologiczną zwraca się uwagę tylko na wydziałach humanistycznych, pozostawiając troskę o logikę wypowiedzi wydziałom matematyczno-przyrodniczym. Wykształcenie połowiczne i niekompletne staje się udziałem absolwentów szkół wyższych uchodzących do niedawna za renomowane.

Swoista technologizacja lub instrumentalizacja szkolnictwa wyższego, tendencja do zawężania specjalizacji zawodowych nie sprzyja kształtowaniu postaw badawczych, niezbędnych do podjęcia pracy naukowej. Powiększa się odpływ kadr dydaktycznych do lepiej opłacanych zawodów. Nie widać jednocześnie, aby dawnego mecenasa państwowego kwapił się zastąpić kto inny. W podjętej w latach 90-tych dyskusji o potrzebie odkłamania polskiego uniwersytetu pojawiały się stwierdzenia, że uniwersytet przetrwał wszystko co najgorsze, że nie był złą szkołą i zachował konieczną autonomię; powoływano się m.in. na osiągnięcia warszawskiej szkoły historii idei. Dziś zapewne nie dałoby się uzasadnić takiej opinii w odniesieniu do minionego dziesięciolecia.

Jeżeli instytucje oświatowe rządzą się tak rozbieżnymi regułami, artykułowanymi ponadto tak prostolinijnie i myląco, że edukacja wydaje się niczym więcej niż przedmiotem obrotu handlowego i towarem, to nie należy się dziwić, że mechanizm ten zostaje odwzorowany w działaniach instytucji informacyjnych. Przekierowanie na marketing odbywa się tu kosztem zróżnicowania rynku - niezależnie od tego, co na nim się znajduje lub mogłoby się znaleźć i bez względu na to, czy wytworzono produkt dobry, czy wybrakowany. Organizację podaży (reklamę) wszystkich produktów traktuje się tak samo, nie zawracając sobie głowy jakościowymi wahaniami popytu. Producent-farmaceuta, na którego placebo wprawdzie nie maleje popyt, lecz dzieje się tak jedynie dzięki zainteresowaniu najmniej zorientowanych odbiorców, prawdopodobnie zastanowiłby się nad tym faktem. Osobom kierującym polskimi instytucjami informacyjnymi takie myślenie nie spędza snu z powiek.

Telewizyjną "oglądalność" skrojono na miarę najniższych standardów i potrzeb. Tak rozumianą oglądalność mierzy się następnie w niezliczonych badaniach opinii publicznej, nie dając widzowi żadnej szansy, by oglądał programy inne niż oglądalne. Filmy warte obejrzenia nadaje się w późnych godzinach nocnych lub przedpołudniowych, narażając widza na utratę dnia pracy. Wieczór wypełniają biesiady mazurskie, nieudolne seriale i benefisy. Wiadomości zaczynają się od sensacji w rodzaju "prokuratura nakazała zatrzymanie posła G., lecz wyjechał on za granicę", a kończą nierzadko dowcipami spikera na żywo, mieszczącymi się w czasie informacyjnym (raczej szczupłym, ok. 15 minut). W polskiej telewizji królują "misie". Słyszymy np. "mi się to podoba", "mi się zdaje"; zanikają formy akcentowane zaimków osobowych. Spikerzy telewizji ogólnopolskiej zatrącają o gwarę mazowiecką, posługują się językiem biednym, bez odcieni, naszpikowanym modnymi słowami ("monitoruje", "preferuje"). Są to kadry dobierane pośpiesznie i zastępczo, co przypomina strategię kulturalną stanu wojennego. Taką telewizję - pozbawioną rzetelnej, naświetlanej z różnych punktów widzenia informacji, niewrażliwą na wszystko, co mogłoby mieć atrakcyjność poznawczą, manifestującą pogardę dla widza, który nie podnosi oglądalności TYP - nazywa się w Polsce "publiczną". Tylko pozazdrościć profesorowi Baumanowi, który z perspektywy emigranta, zamieszkałego w Leeds, mógł powiedzieć: "Jesteśmy bardzo uprzywilejowanymi ludźmi, bowiem telewizja angielska jest chyba najlepsza na świecie. Tam pokazują naprawdę znakomite rzeczy i nie zdarzają się wieczory, żeby czegoś ciekawego nie było" ("Przekrój", 28.01.2001). Mogłoby się zdawać, że ludzie, którzy czują się ignorowani przez fatalnie funkcjonujące instytucje informacyjne, nie mają czego żałować. Tak jednak nie jest. Nawet najgorsza telewizja może podtrzymywać poczucie wspólnoty, jeżeli choćby okresowo zajmuje się problemami ludzi. Wiedzą o tym członkowie polskich ugrupowań i stowarzyszeń obywatelskich, starając się z uporem o dostęp do środków przekazu, zwłaszcza telewizji, gdy zawiodą próby kontaktu z władzami administracyjnymi.

Aby zrozumieć organizacje obywatelskie działające w Polsce, musimy pamiętać o dwuznaczności przymiotnika "polityczny". Dawne znaczenie -"służący interesom ogółu" - zastępowane bywa znaczeniem przeciwnym - "służący karierze osobistej" - które lepiej odzwierciedla negatywne doświadczenia członków i sympatyków ruchów obywatelskich rozmaitych formacji. Dlatego ludzie ci nie chcą przyznać, że aspirują do polityki. Zachodni komentatorzy zarzucają np. polskiemu ruchowi konsumenckiemu lub pozarządowym organizacjom ochrony przyrody, że nie wykorzystują możliwości parlamentarnych, nie stosują instrumentów prawnych i nie tworzą własnego obiegu informacji. Nie wiedzą jednak i nie potrafią sobie wyobrazić, w jakich warunkach działają polskie organizacje społeczne. Trzeba też pamiętać, że wyniszczanie obiektów i terenów cennych przyrodniczo - by poprzestać na jednym tylko przykładzie - w warunkach polskich nie zawsze ma podłoże ekonomiczne, często jest skutkiem bezmyślności, zaniechania, niszczycielskich nawyków bądź wiary w nieograniczoną samoodnawialność przyrody; nie występuje tu konflikt porównywalnych, choć przeciwstawnych interesów. Osoby, które chciałyby zgodnie z własnym sumieniem ocalić pracę pokoleń i zachować kształt swojego miasta lub regionu - zabudowy, kultury rolnej, zalesienia czy zieleni miejskiej -mogą jedynie zarejestrować w sądzie organizację o odpowiednim statucie. Sąd najprawdopodobniej oddali pozew takiej organizacji, w którym będzie mowa o naruszeniu własności publicznej czy praw mieszkańców w wyniku wycinki chronionych drzew lub rozbiórki zabytkowych budynków; uczyni tak ze względu na "niską szkodliwość społeczną" czynu. Jeżeli organizacja społeczna wygra proces, wyrok nie musi być egzekwowany, sprawca bowiem - przedsiębiorstwo, biznesmen - użyje wszelkich pozaprawnych sposobów, by do egzekucji nie dopuścić. Bezskuteczność wcześniejszych interwencji na drodze administracyjnej organizacja jest zobowiązana przedstawić sądowi. Nic oczywiście z tego nie wynika, choćby ujawniono rażące zaniedbania urzędników.

Właściwe instancje odpowiedzialne za stan przestrzeni publicznej są zresztą stopniowo i bez sprzeciwu eliminowane; samorządy tak właśnie pojmowały swoje uprawnienia: likwidując urzędy architekta i plastyka miejskiego, redukując wydziały planowania przestrzennego itp. Widząc beznadziejność swoich usiłowań na polu administracyjnym i prawnym organizacja społeczna może zwrócić się do gazet albo telewizji - licząc na osobiste znajomości, bo tzw. polityka informacyjna lansowana przez gremia redakcyjne oraz mocodawców nie pozostawia złudzeń co do omawianej tematyki. Jeżeli i to się nie uda, można zorganizować protest uliczny albo wydać druk ulotny własnym sumptem w nakładzie kilkuset egzemplarzy. W rezultacie nikt nie dba o przestrzeń publiczną, warunkującą jakość egzystencji ludzi. W latach 1990-2000 w centrach polskich miast pojawiły się wysokościowce bez gabarytów, powiększył się chaos strefy wokółmiejskiej, uległy dewastacji międzywojenne enklawy willowe, pogłębił się rozkład lokalnej tradycji budowlanej i nasiliła niekontrolowana ekspansja zabudowy przemysłowej i pseudoregionalnej w przestrzeni otwartej (tyrolskie dachy na Śląsku, góralskie chaty nad Bałtykiem). Dynamika tego procesu nie maleje, potęguje się brzydota i niefunkcjonalność przestrzeni; zadania architektów wykonują technicy budowlani. Przestrzeń otwarta, w której znajdują się tereny wartościowe przyrodniczo, kurczy się wskutek bezładnej urbanizacji.

Przyczyny niewydolności omawianych instytucji - oprócz organizacji społecznych, pozbawionych jakiegokolwiek oparcia - tkwią w sferze mentalnej. Jednym z najczęściej wymienianych powodów słabości polskich instytucji jest dziedzictwo zaborów: instytucje nie były "nasze", bo reprezentowały obce państwa. Dwudziestoletnia niepodległość była okresem historycznie krótkim. Struktury instytucjonalne państwa podziemnego z czasów okupacji zawdzięczały swoją względną trwałość kadrom oświatowym, wojskowym i dyplomatycznym z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już identyfikacja z instytucjami powojennymi wymagała zdolności przystosowawczych i umiejętności kamuflażu. "Solidarność" mogła powstać w systemie słabych i nieprzejrzystych instytucji PRL, zachowując cechy tego systemu we własnych strukturach. Zastanawiano się nieraz, czy "Solidarność" nie jest aby klasycznym zakończeniem rewolucji w stylu Karola Marksa. Żądania podwyższenia płacy i skrócenia tygodnia roboczego, akcentowanie etosu pracy (godności pracownika), a zwłaszcza intuicyjne odwoływanie się do czegoś w rodzaju zbiorowej mądrości robotników, wskazywały na znaną doktrynę, obiecującą rozwiązanie dylematów ekonomicznych i społecznych raz na zawsze. Polska inteligencja rozumiała tę zbiorową mądrość dosłownie; przedstawiciele środowisk twórczych jeździli do Gdańska, żeby "uczyć się" np. patriotyzmu. Pracowniczy charakter gdańskich postulatów wzbudził uznanie zachodniej lewicy, pomimo wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej w klapie marynarki przywódcy. Zbieżne z doktryną wydawało się również to, że politykę i kulturę zostawiono na później. Czy "Solidarność" nie podjęła się więc zakończenia eksperymentu, w który establishment przestał wierzyć w roku 1956. Niezależnie od rozstrzygnięcia tego pytania opozycja solidarnościowa spotkała się z establishmentem w momencie, gdy musiała wykazać odpowiedzialność za organizację i funkcjonowanie instytucji. Okazała się przy tym tak samo bezradna jak poprzednie rządy.

Ogólne i niekonkretne wyobrażanie sobie mechanizmów władzy przez osoby tę władzę sprawujące prowadzi w najlepszym wypadku do oligarchii. Po wojnie nie powiodło się w Polsce ani razu obsadzenie głównych instytucji osobami kompetentnymi, które stać byłoby na odpowiedzialność indywidualną i nie zasłanianie się układami czy koleżeństwem partyjnym. Establishment nigdy nie posługiwał się pojęciem "dobra wspólnego". Natomiast rewindykacjonizm opozycji doprowadził do społecznej izolacji i spadku popularności postaw obywatelskich cechujących inteligencję, wyniesionych jeszcze sprzed wojny. Niedowład instytucji kulturalnych wcześniej czy później musi odbić się negatywnie na zarządzaniu państwem. Sprzężenie kultury i władzy możemy obserwować nie tylko w systemach ideologicznej tyranii, wykorzystujących kulturę do własnych celów, ale również w tych państwach demokratycznych - jak np. Norwegia - gdzie tradycja kulturalna w znacznej mierze wyznacza cele i metody działania administracji. Od przywrócenia instytucjom kulturalnym należytej roli w państwie, ich reorganizacji lub stworzenia od podstaw będzie zależało to, czy Polacy w następnym pokoleniu będą potrafili rządzić własnym krajem; dotychczas trwonią siły i marnotrawią fundusze.

Powagę sytuacji wzmaga fakt, że omawiane czynniki negatywne występują łącznie: niska jakość instrumentów oświatowych (programów i podręczników), niskie płace, rozkład tradycji rodzinnej, na której mogłaby się oprzeć szkoła, niekompetencja nauczycieli, obniżenie poziomu nauczania uniwersyteckiego, niewywiązywanie się z zadań informacyjno-edukacyjnych przez środki przekazu, separacja ruchów obywatelskich od sfery publicznej, wreszcie odpolitycznienie wszelkich inicjatyw administracji państwowej, (że coś ma charakter "polityczny", dowiadujemy się najczęściej od funkcjonariuszy, którzy nazywają tym słowem stawiane im zarzuty o korupcję). Można wątpić, czy Polacy wyeliminują te czynniki i zmienią swoją sytuację o własnych siłach. Jak powiadał baron Münchhausen: "utonąłbym niechybnie, gdyby nie moja siła". Żeby jednak nie poprzestać na przechwałkach, trzeba by poszukać sprzyjających okoliczności i punktów oparcia. Nie da się już powtórzyć recepty oświeceniowych inspiratorów i oświeconego monarchy. Osiemnastowieczne prekursorstwo kulturalne Polaków było możliwe dzięki ogromnemu zaangażowaniu osób takich jak Hugo Kołłątaj czy Stanisław August, ale także dzięki systemowi scentralizowanej władzy. Niezwykle trudno byłoby traktować służbę publiczną na serio zwłaszcza z pozycji człowieka prywatnego.

Środowiska twórcze i naukowe niewiele zrobiły do tej pory, żeby wskazać mankamenty i sposoby naprawy polskich instytucji kulturalnych. Naprawa taka nie będzie łatwa ani szybka. Należałoby bowiem rozpocząć od społecznej dyskusji o celach, metodach i zakresie przedsięwzięcia.

Należy liczyć się z niemałymi kosztami, choćby nawet zaplanowano stopniową operację naprawczą. Fundusze należałoby skierować do organizacji i osób spoza obecnych układów partyjnych. Źródła finansowania, przynajmniej na początek, trzeba by znaleźć poza Polską - w funduszach Unii lub polonijnych -gdyż Polacy w kraju nie wierzą w skuteczność i nie dostrzegają potrzeby omawianych działań. Ważne będzie utworzenie jasnych kryteriów kontroli finansowej. W przeciwnym razie witkiewiczowskie "gnypalstwo", niekompetencja, której Polacy sobie nie uświadamiają i nie rozpoznają, będzie przeszkodą w rozwoju Polski na kolejne dziesięciolecia.

Edward Wasilewski
sierpień 2003


Edward Wasilewski /1946 - 2003/

Grafik, projektant, członek ZPAP. Również publicysta, pisarz, animator wielu wydarzeń, konkursów (m.in. organizował konkurs na logo ORLEN). Stworzył założenia konkursu reklamy ORŁY (aktualnie ZŁOTE...). Jego globalny projekt programu zmian jakościowych wizerunku aglomeracji miejskich pod nazwą "POLSKA PRZESTRZEŃ" poza wydawnictwem sygnalnym oraz serią programów na TV2 nie zyskał jednak wsparcia ze strony instytucji rządowych. Napisał nieopublikowaną książkę dla dzieci. Dużo pisał esejów o sztuce. Perfekcjonista w każdym działaniu, człowiek o żelaznej logice i błyskotliwej inteligencji.

Publikowany artykuł jest Jego ostatnim tekstem, niezwykle dla autora ważnym. Pisał go w ostatnich dniach przed niespodziewaną śmiercią (4 września) dla www.bialo-czerwona.pl, z którą blisko współpracował.

 
PROTEST TWÓRCÓW   FORUM menu   DO GÓRY
 
 LINKI 2006

  PODPISY
Zobacz LISTĘ SYGNATARIUSZY PROTESTU
  FORUM
PUBLICYSTYKA,
panel dyskusyjny
  NAPISZ
OPINIE, OCENY, WYPOWIEDZI...
 PRASA pisze...
PRASA O PROTEŚCIE TWÓRCÓW
HOME   PORTFOLIA   BIAŁO-CZERWONA/ White-Red   PROTEST TWÓRCÓW  
BANK KALENDARZY   BANK WYSTAW   TWÓRCY I PRAWO   KONTAKT   WSPÓŁPRACA
copyright 2003-2017 - ® Janusz Kobyliński